Dorota Szczepańska – Pierwsze wrażenie było straszne

Pierwsze wrażenie było straszne – wszystko, począwszy od mojego pytania – czy to tutaj jest to spotkanie – a skończywszy na tym, że – było tam strasznie dużo ludzi, chyba z dziesięć osób! Miałam dwanaście lat i pierwszy raz w życiu byłam w Bychawie sama, bez rodziców, bez kogokolwiek znajomego i … bez pomysłów, jak ja wrócę do domu. Do tego strasznie odważnego kroku zmusiła mnie sytuacja – w szkole nie było już książek, a ja koniecznie musiałam te „Kamienie na szaniec” przeczytać. Nie miałam pojęcia, jak to będzie wyglądać, gdzie jest ta biblioteka i czy… w ogóle wrócę do domu.  Pani była przemiła, tylko zadawała strasznie dużo pytań: ile masz lat, jak się nazywasz, skąd jesteś, jak ma na imię twój tata… Dreptałam w miejscu niecierpliwie, bo ciągle trzeba było coś odpowiadać, a ja chciałam już zbiec jak najszybciej z tych schodów i wyjść przez ogromne drzwi na dole na dwór. Nie było to takie proste, bo – jak się okazało – na przeraźliwie prostej drodze też można się zgubić. Szczególnie, jak człowiek panikuje, a ja w tej dziedzinie byłam absolutnym rekordzistą i mistrzem. No, więc – padło dużo pytań. Odpowiadałam na wszystkie najładniej jak umiałam. Żeby dostać tę książkę, żaden inny powód nie byłby w stanie zmusić mnie do tego. Dali mi te „Kamienie…”, chwyciłam je i… już chciałam uciec, ale pani – ta sama, co była taka o wszystko ciekawa – powiedziała, że spotkanie, o które pytałam będzie i że zaprasza mnie, i będzie jej miło, i że tutaj. Nie wiadomo dlaczego – poczułam się odpowiedzialna za to wydarzenie. Zupełnie, jakby miało się nie zdarzyć spotkanie, gdybym przypadkiem się na nim nie zjawiła. A zatem – zjawiłam się.

Czytaj dalej Dorota Szczepańska – Pierwsze wrażenie było straszne

Dorota Szczepańska – Tak właściwie to nie ma o czym mówić…

Tak właściwie to nie ma o czym mówić. Przychodziłam TAM od bardzo dawna, przychodzę tam nadal, choć niestety rzadko – o wiele za rzadko jak dla mnie, jednakże wystarczająco często jak twierdzi moja mama. Najpierw były „Kamienie na szaniec”, potem różne inne różności, ale zawsze to była magia. No i tu leży pies pogrzebany. Bo nic nadzwyczajnego się nie dzieje – przychodzi się, wypożycza się, kilka słów zamienia się, do widzenia i do domu… Ale, kurka wodna, magia jest i już. Jakieś takie zawoalowane natchnienie mnie po wizycie tam dopada, taka jakaś tęsknota za lepszym światem, choć to nie świat jako taki ma być lepszy tylko ludzie… Ale za ludźmi, z którymi można pogadać o literaturze, co dla niektórych jest co najmniej niezrozumiałe, albo o poezji, co w ogóle zakrawa na najlepszą drogę do szaleństwa.

Czytaj dalej Dorota Szczepańska – Tak właściwie to nie ma o czym mówić…

Elżbieta Błotnicka-Mazur – Z najlepszymi życzeniami dla Jubilatki

Wspomnień związanych z Miejską Biblioteką Publiczną w Bychawie szczęśliwie mam już kilka, ale zawsze najbardziej w pamięci zapada pierwsze wrażenie. Nie można jednak zapominać, że miejsce i jego klimat tworzą ludzie, dzięki temu czujemy się w nim dobrze i mamy ochotę wracać. W trakcie gromadzenia materiałów do mojej pracy doktorskiej, poświęconej przedwojennemu architektowi Bohdanowi Kelles-Krauzemu, miałam okazję poznać – osobiście lub wirtualnie – co najmniej kilkadziesiąt osób, reprezentujących przeróżne środowiska związane ze szkolnictwem, muzealnictwem, samorządami lokalnymi powiatu lubelskiego, a nawet kilku strażaków, lekarzy, siostry zakonne i jednego poczytnego pisarza. Wszyscy, niemal bez wyjątku, okazali mi ogromną życzliwość i zaufanie dzieląc się informacjami, które stopniowo pogrubiały kolejne teczki z materiałami dotyczącymi zaprojektowanych przez „mojego” architekta budowli. Kwerenda archiwalna skierowała moje poszukiwania także do Bychawy, gdzie Kelles-Krauze „popełnił” aż cztery obiekty. Pierwsza wiadomość mailowa wysłana na adres elektroniczny Biblioteki Miejskiej w Bychawie okazała się strzałem w dziesiątkę. Moje nieśmiałe pytanie dotyczące nieistniejącego już – nad czym, jak sądzę, ubolewam nie tylko ja – młyna bychawskiego nie tylko nie zostało zbyte wygodnym milczeniem, ale dosłownie błyskawicznie otrzymałam odpowiedź od Pani Basi Cywińskiej wraz z dalszymi wskazówkami. Tak zaczęła się nasza obfita korespondencja, początkowo dotycząca wyłącznie moich poszukiwań archiwalnych, ale stopniowo przeradzająca się w stały kontakt i – bardzo szybko –przyjaźń. Bychawa wyraźnie ma szczęście do ludzi, którzy z pasją odkrywają własną historię i dzielą się nią z innymi. Mimo, iż rzadko mogę uczestniczyć w ważnych dla miasta wydarzeniach – na które jestem regularnie zapraszana – Bychawa już zawsze będzie dla mnie miejscem niezwykłym, którego magię tworzy także Biblioteka Miejska w Bychawie i skupione wokół niej grono pasjonatów historii, kultury i dobrej kuchni!
Lublin, 17 października 2011

Jacek Maj – Drogie Panie!

 W tym szczególnym dniu przesyłam z Krakowa najlepsze życzenia i wyrazy wdzięczności. Trudno mi sobie wyobrazić życie bez bychawskiej Biblioteki. To tutaj zrodziły się moje pasje. To tutaj spotkałem się z życzliwością i zwyczajnym ludzkim ciepłem, dobrocią. Czytanie, które pobudzało tęsknotę za innym, lepszym światem, stawało się lekcją życia – dawało impuls do zmiany. Bo przecież jeżeli potrafię o czymś marzyć, to potrafię także tego dokonać. Bez Biblioteki byłbym kimś innym. Nie ma cienia przesady w stwierdzeniu, że to mój drugi dom.
Kraków, 25.10.2011                                                                                       

Teresa Tracz – Moje wspomnienie dla Miejskiej Biblioteki Publicznej w Bychawie

Odkąd nauczyłam się czytać, a ku utrapieniu rodziców stało się to bardzo wcześnie, gwałtownie zaczęłam się domagać książek, niczym nieopierzone pisklę pokarmu. Z upływem szkolnych miesięcy i lat głód literatury wzrastał, a wraz z nim pragnienie posiadania własnych książek prężących się dumnie na półkach domowej biblioteczki. Niestety rodzice, mimo szczerych chęci, nie mogli mnie sponsorować w kwestii zakupu księgarskich nowości, toteż nie namyślając się długo, postanowiłam się zapisać do miejscowej biblioteki publicznej, która mieściła się w Domu Kultury. Pomysł okazał się genialny. Weszłam, zapisałam się i wpadłam po uszy na dobre. Biblioteka stała się moim drugim domem, choć mama wypominała mi z przekąsem, że więcej czasu spędzam właśnie tam, zaniedbując domowe pielesze.

Czytaj dalej Teresa Tracz – Moje wspomnienie dla Miejskiej Biblioteki Publicznej w Bychawie

Moniak Głazik – Środowa przyjemność

Ponad dwadzieścia lat temu środa kojarzyła mi się z czymś bardzo miłym. Był to dzień wizyty w bychawskiej bibliotece. W pewnym okresie mojego życia bywałam w niej co środę, rzadziej co dwie, trzy, w zależności od zrobionych wcześniej zapasów książek, jakiś 5-7 sztuk. To był taki rytuał, nie pamiętam dlaczego akurat środowy, pewnie wynikało to z mojego planu lekcji. Pamiętam, że do grona uprawnionych czytelników Biblioteki Publicznej w Bychawie (czyli tych którzy posiadają własną kartę) dołączyłam dopiero chyba w piątej klasie podstawówki, czyli gdzieś pod koniec lat 80. Dopiero wówczas byłam na tyle duża, by Mama pozwoliła mi na samodzielny wyjazd do Bychawy, autobusem. Przyjeżdżałam więc około godziny 13.50; autobus powrotny, pamiętam, odjeżdżał o 15.20. Lepiej było się nie spóźnić, kolejny był dopiero po osiemnastej. Tylko kilka minut zajmowało mi dojście z dworca PKS do biblioteki. Czyli na całą przyjemność spędzenia w niej czasu miałam jakąś godzinę, góra godzinę dziesięć minut. To było dla mnie tak niewiele. Nigdzie wówczas nie wstępowałam: tylko dworzec – biblioteka, biblioteka – dworzec, czasem kiosk Ruch-u po drodze, a tak to żadnych zakupów. Co prawda nie było wtedy żadnych pokus, bo nie było co i gdzie kupować. Moja pierwsza wizyta w bibliotece miała miejsce co prawda nieco wcześniej, przy okazji jakiejś szkolnej wycieczki do kina. W Bibliotece zapamiętałam przesympatyczną, zawsze uśmiechniętą Panią Asię, która pokazała mi, gdzie znajdują się książki odpowiednie dla mojego wieku, gdzie leżą zakładki, gdzie się zostawia wybłocone buty, i powiedziała to, co mnie najbardziej ucieszyło: że mogę sama szperać w bibliotecznych zbiorach, wybierać i wypożyczać to co zechcę. Na początku nawet korzystałam z pomocy Pani Asi, ale potem sama odnalazłam swoich ulubionych autorów i moje ulubione półki: Karol May, Alfred Szklarski, Adam Bahdaj, Edmund Niziurski… i innych. Potem była to również Małgorzata Musierowicz. Pamiętam też Jacka Maja, zaszytego gdzieś w bibliotecznych kątach, pogrążonego najczęściej w rozmowie z Panią Asią….Biblioteka i torba (nie reklamówka) wypełniona czyś tak miłym, jak książki, które mogłam wziąć na kilka tygodni do domu, bez pieniędzy, to było moje królestwo. Mojego zainteresowania literaturą przygodową, podróżniczą (głównie z kręgu tematyki indiańskiej) w ogóle nie rozumiała Mama, która kolejne moje biblioteczne „łupy” kwitowała jednym zdaniem: Czytasz same książki dla chłopaków, Siesicką być poczytała! Do tej pory nie czytałam Siesickiej. Nawet „Jeziora osobliwości”, które jest teraz lekturą szkolną.
Październik, 2011

Danuta Sprawka – Moje pierwsze spotkanie z biblioteką

Moje pierwsze spotkanie z Biblioteką to rok 1963, kiedy to mój kolega  a pracownik Inspektoratu Oświaty w Bychawie Fryderyk Dziadosz zaproponował mi, bym podjęła pracę w bibliotece powiatowej na stanowisku instruktora. Zrezygnowałam więc z pracy w Urzędzie Powiatowym. Pamiętam, jak przyszłam w tej sprawie do biblioteki, mam to przed oczami – duże pomieszczenie, nie bardzo jeszcze zapełnione regałami, z małą ilością książek. No i dwie panie – Irena Rymarz i Marianna Dziadosz (obecnie Janik), które bez większego zastanowienia, po krótkiej rozmowie poparły moją kandydaturę. Jedynym warunkiem było podnoszenie kwalifikacji  zawodowych.  I tak związałam swoje losy z bychawską Biblioteką.

Czytaj dalej Danuta Sprawka – Moje pierwsze spotkanie z biblioteką

Irena Rymarz – Z historii biblioteki

Szanowni Goście, Uczestnicy Spotkania z okazji Jubileuszu Miejsko-Gminnej Biblioteki Publicznej w Bychawie
Pani Dyrektor Basia Cywińska wręczając mi zaproszenie na spotkanie jubileuszowe zapytała  – czy mogę przypomnieć ważne według mnie wydarzenia z działalności Biblioteki. Odpowiedziałam tak, gdyż bardzo dobrze pamiętam początek działalności placówki istniejącej jako Biblioteka Powiatowa, będący jednocześnie rozpoczęciem mojej pracy zawodowej. Większość z Państwa pamięta Bibliotekę w obecnym stanie, a ja chcę przypomnieć warunki z lat 1958-1962 (pół wieku temu). W roku 1957 Bychawa stała się miastem powiatowym i tym samym Gminna Biblioteka Publiczna została przekształcona w Powiatową Bibliotekę Publiczną. Zadaniem tej placówki, oprócz działalności na terenie miasta, było organizowanie Sieci Bibliotek Gromadzkich na terenie powiatu. W sierpniu 1958 roku z indeksem filologii polskiej UMCS w Lublinie  i podaniem o zatrudnienie, zgłosiłam się do Wydziału Oświaty Powiatowej Rady Narodowej w Bychawie. Otrzymałam odpowiedź, że od 1 października mogę podjąć pracę w Powiatowej Bibliotece Publicznej na stanowisku Kierownika. Otrzymałam angaż – przydział czynności i stałam się Bibliotekarką mającą pojęcie o sposobie korzystania ze zbiorów, a nawet ich udostępniania jako Dyżurna w Bibliotekach szkolnych. Jednak o organizacji i technice bibliotecznej upowszechniania książek miałam tylko blade pojęcie. W tym punkcie mogłam liczyć na życzliwość współpracowników i ich doświadczenie oraz współpracę w realizacji zadań stojących przed Powiatową Biblioteką.W Bibliotece wówczas pracowały – Pani Maria Dziadosz (Janik) jak instruktor i na pół etatu kierownik Wypożyczalni dla Dzieci, Młodzieży i Dorosłych – Pani Janina Mączkowa. Bibliotek Gromadzkich było sześć, a do pełnej Sieci brakowało kilkanaście, a te w miarę środków budżetowych miały powstać w następnych latach.

Czytaj dalej Irena Rymarz – Z historii biblioteki