Teresa Tracz – Moje wspomnienie dla Miejskiej Biblioteki Publicznej w Bychawie

Odkąd nauczyłam się czytać, a ku utrapieniu rodziców stało się to bardzo wcześnie, gwałtownie zaczęłam się domagać książek, niczym nieopierzone pisklę pokarmu. Z upływem szkolnych miesięcy i lat głód literatury wzrastał, a wraz z nim pragnienie posiadania własnych książek prężących się dumnie na półkach domowej biblioteczki. Niestety rodzice, mimo szczerych chęci, nie mogli mnie sponsorować w kwestii zakupu księgarskich nowości, toteż nie namyślając się długo, postanowiłam się zapisać do miejscowej biblioteki publicznej, która mieściła się w Domu Kultury. Pomysł okazał się genialny. Weszłam, zapisałam się i wpadłam po uszy na dobre. Biblioteka stała się moim drugim domem, choć mama wypominała mi z przekąsem, że więcej czasu spędzam właśnie tam, zaniedbując domowe pielesze.

Za biurkiem zwykle siedziała pani Krystyna Sobczak, która widząc mój szczery zachwyt duchowym przybytkiem, pozwalała mi się od czasu do czasu pobawić w bibliotekarkę. Omal nie spuchłam z dumy, kiedy wypełniałam karty książek drobnym maczkiem cyferek, okładałam je w szary papier i z nabożną czcią układałam równo na półkach w wyznaczonych działach tematycznych. Z lubością wdychałam zapach nowych woluminów, które drżącymi rękami zagarniałam do torby, by po powrocie do domu zacząć literacką ucztę. Zamieniłam się w książkowego mola z iście wilczym apetytem. Czytałam wszystko. Z Indianami przemierzałam prerię, rozwiązywałam zagadki kryminalne pod czujnym okiem Sherlocka Holmesa, całowałam namiętnie Rhetta Butlera, wyłam jak durna nad losem Damy Kameliowej, aż wreszcie wpadł mi w ręce pierwszy tom historii rudowłosej Ani z Zielonego Wzgórza. Oczywiście przeczytałam te, bagatela dwieście parę stron, w jeden wieczór (czytaj noc) i nieprzytomna popędziłam do szkoły, a potem z wywieszonym językiem do biblioteki po następny tom. Kiedy przeczytałam ostatnie tomiszcze, upewniłam się, czy aby na pewno biblioteka zakupiła cały cykl. Zapewniono mnie, że na mur beton, więc nie mogłam darować pani Montgomery, że nie zajęła się dalszymi losami mojej ulubionej bohaterki. Kiedy choroba zatrzymywała mnie w łóżku (a chorowałam średnio raz na miesiąc), ponownie wracałam na Zielone Wzgórze. Żałowałam, że nie mam ukochanych książek w mojej biblioteczce. O kupnie nie było co marzyć, więc uradziłyśmy z moją siostrą (też połknęła bakcyla), że przepiszemy pierwszy tom. Podzieliłyśmy się rozdziałami i zaczęło się ślęczenie nad grubym brulionem. Po kilku tygodniach praca została skończona i na półce stanął nasz rękopis. Byłyśmy blade i dumne. Minęło kilka dni. Jak zwykle po lekcjach wpadłam do biblioteki. Pani Krysia ucieszyła się, że jestem, bo właśnie zabierała się do wyłączenia z księgozbioru zniszczonych pozycji. Nie mogłam uwierzyć, że trafią na skład makulatury. Kiedy skończyłyśmy selekcję, poprosiła, abym chwilę poczekała, a sama gdzieś wyszła. Za moment pojawiła się, trzymając pokaźną paczkę w dłoniach. Z tajemniczym uśmiechem wręczyła mi ją, mówiąc, że to prezent za pomoc i niecierpliwie czekała na reakcję. Powoli rozwinęłam papier i …aż usiadłam z wrażenia. Trzymałam w rękach zniszczoną, co prawda, ale własną „Anię z Zielonego Wzgórza”. Zaniosłam zdobycz do domu. Siostra popatrzyła na książkę, potem na gruby zeszyt i obie zaczęłyśmy się histerycznie śmiać. Doprawdy los potrafi być czasem złośliwy. O bibliotece mogłabym jeszcze dużo powspominać, ale pewnie powstałaby z tego powieść. Raczej nie przez przypadek po ukończeniu liceum dostałam się na bibliotekoznawstwo , kierunek wprowadzony przez UMCS dwa lata przed wyborem moich studiów. Ta biblioteka to naprawdę dobry adres! Bychawa, październik 2011