Dorota Szczepańska – Pierwsze wrażenie było straszne

Pierwsze wrażenie było straszne – wszystko, począwszy od mojego pytania – czy to tutaj jest to spotkanie – a skończywszy na tym, że – było tam strasznie dużo ludzi, chyba z dziesięć osób! Miałam dwanaście lat i pierwszy raz w życiu byłam w Bychawie sama, bez rodziców, bez kogokolwiek znajomego i … bez pomysłów, jak ja wrócę do domu. Do tego strasznie odważnego kroku zmusiła mnie sytuacja – w szkole nie było już książek, a ja koniecznie musiałam te „Kamienie na szaniec” przeczytać. Nie miałam pojęcia, jak to będzie wyglądać, gdzie jest ta biblioteka i czy… w ogóle wrócę do domu.  Pani była przemiła, tylko zadawała strasznie dużo pytań: ile masz lat, jak się nazywasz, skąd jesteś, jak ma na imię twój tata… Dreptałam w miejscu niecierpliwie, bo ciągle trzeba było coś odpowiadać, a ja chciałam już zbiec jak najszybciej z tych schodów i wyjść przez ogromne drzwi na dole na dwór. Nie było to takie proste, bo – jak się okazało – na przeraźliwie prostej drodze też można się zgubić. Szczególnie, jak człowiek panikuje, a ja w tej dziedzinie byłam absolutnym rekordzistą i mistrzem. No, więc – padło dużo pytań. Odpowiadałam na wszystkie najładniej jak umiałam. Żeby dostać tę książkę, żaden inny powód nie byłby w stanie zmusić mnie do tego. Dali mi te „Kamienie…”, chwyciłam je i… już chciałam uciec, ale pani – ta sama, co była taka o wszystko ciekawa – powiedziała, że spotkanie, o które pytałam będzie i że zaprasza mnie, i będzie jej miło, i że tutaj. Nie wiadomo dlaczego – poczułam się odpowiedzialna za to wydarzenie. Zupełnie, jakby miało się nie zdarzyć spotkanie, gdybym przypadkiem się na nim nie zjawiła. A zatem – zjawiłam się.

 Przywitał mnie miły uśmiech p. Asi i – za chwilę wkroczył p. Aleksander Minkowski, który tak nas oczarował swoimi barwnymi opowieściami, że – tak późno do domu sama (i z miasta!) nigdy nie wracałam. Wiozłam zdobycz – książkę jego autorstwa. Ponieważ nie wiadomo z jakiego powodu zdobyłam się na poproszenie o pożyczenie mi pieniędzy na autobus – przyjechałam do Bychawy, o zgrozo, okazją – o mało co nie przegapiłam przystanku w Gałęzowie, bo zaczytałam się w przygodach Lwa i Nasturcji. Ale coś mnie tknęło, spojrzałam w okno, po czym zakrzyknęłam – jeszcze ja ! – i wyskoczyłam z autobusu jak oparzona. Po kilku dniach – trzeba było znów udać się na wyprawę do tego strasznego miejsca, gdzie zadają tyle pytań, żeby oddać lekturę szczęśliwie opracowaną na języku polskim… A`propos: na pytanie, kim był K. K. Baczyński podczas powstania warszawskiego, odpowiedziałam, że – prywatnym detektywem. Pamiętam do dzisiaj te wielkie oczy mojej pani od polskiego i to jej, niemal naiwne: „Taak? Nie wiedziałam…”. Ale – wracając do mojej opowieści – pojechałam. Pierwsza moja wizyta Tam wbiła mi się w pamięć z taką wyrazistością, że absolutnie nie mogłabym zapomnieć żadnego szczegółu. Wchodzę myśląc, że spotkam tą panią, którą już tam widziałam, że znów usłyszę – „Czy chcesz sobie wypożyczyć jakąś książeczkę?” – słowem: żadnych nowości. Wchodzę zatem i – inna pani. Żadnych pytań. Jakieś takie inne sformułowanie w kwestii książki, która właśnie oddałam. Po prostu – niesamowite. Zupełnie zapomniałam prawie, jak się nazywam i inne najważniejsze sprawy – na przykład tę, że pieniądze, które miałam oddać p. Asi, włożyłam do książki, którą pani odniosła na odpowiednie miejsce. A ja – wróciłam do domu i z krzykiem : „Tato, zapomniałam !” – niemal stratowałam własnego tatka. Jak mi się udało go przekonać, to ja nie wiem, ale faktem jest, że natychmiast wsiedliśmy na naszą niezawodną WSK-ę i przyjechaliśmy do biblioteki w Bychawie. Wpadłam do wypożyczalni i, zostawiając na głowie mojego taty problem, jak to niespodziewane najście wytłumaczyć – czemu zresztą bardzo dzielnie stawił czoła – sama rzuciłam się w stronę półki i pod bacznym i zdziwionym okiem p. Asi, która w międzyczasie słuchała również mojego taty (cóż za znakomita podzielność uwagi!), zaczęłam najzwyczajniej w świecie wytrząsać wszystkie egzemplarze „Kamieni na szaniec”. Z ostatniego egzemplarza w końcu wypadły pieniądze, więc z tryumfującą miną wręczyłam je p. Asi, powiedziałam :”Do widzenia” – i wyszłam nie czekając na odpowiedź. W największym skrócie – tak wyglądało moje zapoznanie się z Oddziałem dla Dzieci, do którego zresztą należałam z racji wieku do końca ósmej klasy,  ale do którego przychodzę… do tej pory. To tak z grubsza. A co było „po drugiej stronie”? Jakiś czas po moim oficjalnym przeniesieniu się na Oddział dla Dorosłych – ale nadal wchodziłam TAM, jedynie moje karty zmieniły miejsce przechowywania – zaczęła w nim pracować – może pracowała wcześniej, ale nie przypominam sobie jakoś tego faktu – pani Basia. Taka na początku, jak wtedy w tajemnicy mówiłam – niezorientowana, potem – też zgodnie z moim określeniem – zaczęła się rozkręcać (Cóż za okropne słownictwo…), a nie za długo mało, że zmieniłam nie namawiana i z własnej woli kierunek wchodzenia, to zaczęłam coraz częściej tam siadać „na chwilę”, a potem już bezceremonialnie – wchodzić i pytać – „Co słychać, Pani Basiu?” Poczułam się tam jak w domu.
Bychawa, październik 2011