Moniak Głazik – Środowa przyjemność

Ponad dwadzieścia lat temu środa kojarzyła mi się z czymś bardzo miłym. Był to dzień wizyty w bychawskiej bibliotece. W pewnym okresie mojego życia bywałam w niej co środę, rzadziej co dwie, trzy, w zależności od zrobionych wcześniej zapasów książek, jakiś 5-7 sztuk. To był taki rytuał, nie pamiętam dlaczego akurat środowy, pewnie wynikało to z mojego planu lekcji. Pamiętam, że do grona uprawnionych czytelników Biblioteki Publicznej w Bychawie (czyli tych którzy posiadają własną kartę) dołączyłam dopiero chyba w piątej klasie podstawówki, czyli gdzieś pod koniec lat 80. Dopiero wówczas byłam na tyle duża, by Mama pozwoliła mi na samodzielny wyjazd do Bychawy, autobusem. Przyjeżdżałam więc około godziny 13.50; autobus powrotny, pamiętam, odjeżdżał o 15.20. Lepiej było się nie spóźnić, kolejny był dopiero po osiemnastej. Tylko kilka minut zajmowało mi dojście z dworca PKS do biblioteki. Czyli na całą przyjemność spędzenia w niej czasu miałam jakąś godzinę, góra godzinę dziesięć minut. To było dla mnie tak niewiele. Nigdzie wówczas nie wstępowałam: tylko dworzec – biblioteka, biblioteka – dworzec, czasem kiosk Ruch-u po drodze, a tak to żadnych zakupów. Co prawda nie było wtedy żadnych pokus, bo nie było co i gdzie kupować. Moja pierwsza wizyta w bibliotece miała miejsce co prawda nieco wcześniej, przy okazji jakiejś szkolnej wycieczki do kina. W Bibliotece zapamiętałam przesympatyczną, zawsze uśmiechniętą Panią Asię, która pokazała mi, gdzie znajdują się książki odpowiednie dla mojego wieku, gdzie leżą zakładki, gdzie się zostawia wybłocone buty, i powiedziała to, co mnie najbardziej ucieszyło: że mogę sama szperać w bibliotecznych zbiorach, wybierać i wypożyczać to co zechcę. Na początku nawet korzystałam z pomocy Pani Asi, ale potem sama odnalazłam swoich ulubionych autorów i moje ulubione półki: Karol May, Alfred Szklarski, Adam Bahdaj, Edmund Niziurski… i innych. Potem była to również Małgorzata Musierowicz. Pamiętam też Jacka Maja, zaszytego gdzieś w bibliotecznych kątach, pogrążonego najczęściej w rozmowie z Panią Asią….Biblioteka i torba (nie reklamówka) wypełniona czyś tak miłym, jak książki, które mogłam wziąć na kilka tygodni do domu, bez pieniędzy, to było moje królestwo. Mojego zainteresowania literaturą przygodową, podróżniczą (głównie z kręgu tematyki indiańskiej) w ogóle nie rozumiała Mama, która kolejne moje biblioteczne „łupy” kwitowała jednym zdaniem: Czytasz same książki dla chłopaków, Siesicką być poczytała! Do tej pory nie czytałam Siesickiej. Nawet „Jeziora osobliwości”, które jest teraz lekturą szkolną.
Październik, 2011