Eric-Emmanuel Schmidt – Oskar i pani Róża

800×600 altRecenzja napisana przez Panią Sylwię Ciesielską-Olichwiruk z Białej Podlaskiej zdobyła nagrodę specjalną w pierwszej edycji konkursu na recenzję ph. Pisać każdy może… Gratulujemy!

 Eric-Emmanuel Schmidt – Oskar i pani Róża

Czy można zrozumieć i pogodzić się ze śmiertelną chorobą dziecka? Czy cierpienie ma sens? A może ono ubogaca nas? Jak dobrze przeżyć życie? Dlaczego Bóg pozwala na cierpienie, szczególnie tych najbardziej bezbronnych i niewinnych – dzieci? Czy On w ogóle istnieje? Czy można czekać na nieuniknioną śmierć bez strachu i ze spokojem? Na te i inne egzystencjalne pytania próbuje odpowiedzieć Eric-Emmanuel Schmitt w swojej krótkiej i zwięzłej, bo zaledwie niespełna osiemdziesięciostronicowej, acz bogatej w głębokie treści książeczce. Można ją jednak śmiało traktować jak piękny traktat o wartości życia, o miłości i śmierci, umiejętności pogodzenia się z tym, co jest niezależne od nas, na co nie mamy wpływu. Siłą tego traktatu jest prosta, przystępna forma i język, a także spora doza humoru, pomimo dość przygnębiającej, w wymiarze ludzkim, sytuacji i tematyki. Niemal każda z tych kilkudziesięciu stronic przynosi jakąś życiową mądrość, która każe zatrzymać się i zastanowić nad sensem życia.

Uważam, że książka jest ponadczasowa, prosta a zarazem mądra i niezwykła, skłaniająca do przemyśleń. Mimo łatwego do przewidzenia smutnego zakończenia, daje nadzieję, pokazując jak w obliczu nieszczęścia nie poddawać się, pokonywać strach i odnajdywać wiarę. Opowiadanie Schmitta uświadamia, że każdy dany nam dzień to prezent od Stwórcy, dlatego trzeba żyć intensywnie, według zasady Horacego „Carpe diem” – chwytać dzień i cieszyć się nim, nie marnować żadnej chwili, traktować kolejny dzień za każdym razem jak nowe doznanie, nową szansę, bo nie wiemy, kiedy przyjdzie do nas ten ostatni.          

To opowiadanie polecam każdemu: bez względu na wiek, płeć, wyznanie, czy przekonania, bez względu na to w jakim momencie życia się znajduje. Książka daje siłę i nadzieję, a myślę, że w niektórych przypadkach może nawet zmieniać życie…

Szpital, według tytułowego Oskara, to sama radość pod warunkiem, że jest się mile widzianym pacjentem. Bo są tu uśmiechnięci dorośli, zabawki, wolontariusze, którzy bawią się z chorymi dziećmi i koledzy, na których można liczyć. Jednak 10-letni Oskar nie czuje się już mile widziany przez personel szpitala, od kiedy jego leczenie przestało przynosić pozytywne skutki. Chłopiec czuje się winny, bo rozczarowuje swojego lekarza. I chociaż czasem są dni, kiedy miałby ochotę wykrzyczeć doktorowi, że to on popełnił błąd przy operacji przeszczepu szpiku, to nie ma na to siły, widząc zmartwioną i nieszczęśliwą minę doktora Düsseldorfa. „Zrozumiałem już, że stałem się złym pacjentem, pacjentem, który podważa wiarę w nieograniczone możliwości medycyny”. Tylko ciocia Róża, wolontariuszka odwiedzająca Oskara w szpitalu, nie zmienia swojego stosunku do niego. Z nią jedną może rozmawiać jak zawsze i o wszystkim. Temat śmierci wśród podopiecznych i personelu szpitalnego zdaje się być tabu – otoczenie staje się głuche, kiedy ktoś mówi o umieraniu. Jedynie ciocia Róża nie zamyka się na ten przygnębiający, aczkolwiek nieuchronny aspekt naszego życia. Oskar ma świadomość, że jest śmiertelnie chory, chciałby, żeby mu to otwarcie powiedziano. Wie, że do szpitala przychodzi się nie tylko po to, aby wyzdrowieć, ale i czasami po to, aby umrzeć. Róża przyznaje mu rację, dodaje, że zapominamy o kruchości życia, o tym, że nie trwa ono wiecznie, że często zachowujemy się, jakbyśmy byli nieśmiertelni. Oskar jest bardzo dojrzały jak na swój wiek, a przez najbliższych dwanaście dni przejdzie prawdziwą szkołę życia i doświadczy kolejnych jego etapów: od wieku ukształtowania rozumu, przez okres dojrzewania, pierwszych miłości, znalezienia swojej drugiej połówki, małżeństwa, zawirowań damsko-męskich okresu dojrzałego, przez poznanie smaku rodzicielstwa, do okresu starości, aż po schyłek życia. Róża proponuje Oskarowi, aby napisał list do Pana Boga. Chłopiec jest zdziwiony dlaczego miałby to robić, rodzice nie nauczyli go wierzyć, bo sami nie wierzą; mówią mu jedynie o świętym Mikołaju, ale kiedy dziecko odkrywa, że to tylko bajki, rozczarowuje się i dlatego teraz nie chce się dać drugi raz nabrać, że istnieje Bóg. Róża jednak krok po kroku przekonuje go do pisania listów. Dzięki temu mógłby poczuć się mniej samotny; jeśli będzie wytrwały i uparty i będzie wierzył w Pana Boga, sprawi, że Bóg będzie z każdą chwilą istniał coraz bardziej i wtedy mu pomoże. Wyrzucenie z siebie swoich myśli, lęków, wątpliwości pomoże mu się wewnętrznie oczyścić i uwolnić. W takim liście może prosić Boga o ważne dla siebie sprawy duchowe, jak odwaga, cierpliwość, zrozumienie, a także o różne rzeczy dla innych. Oskar podejmuje to wyzwanie i na swoje pierwsze pytanie do Pana Boga o to, czy wyzdrowieje, otrzymuje (w dość mało delikatny, a wręcz gwałtowny sposób) odpowiedź już następnego dna. Staje się przypadkowo świadkiem rozmowy swoich rodziców z lekarzem i dowiaduje się, że ze strony medycyny zrobiono już w jego sprawie wszystko i że niestety wkrótce umrze. Po tym wydarzeniu rodzice bardzo Oskara zawodzą, czuje do nich nienawiść, bo okazują się tchórzami, nie mają odwagi, aby pójść do niego z tymi wiadomościami. Oskar ucieka, chowa się przed wszystkimi, powodując ogromne zamieszanie w szpitalu. Kiedy zostaje odnaleziony, nie daje nikomu przystępu do siebie, chce tylko, aby przyszła ciocia Róża i nikt więcej go nie interesuje. Ona jedna ma na niego dobry wpływ. Mówi mu, podając przykłady ze swojej kariery zapaśniczki, Dusicielki z Langwedocji, że zawsze jest jakieś rozwiązanie. Zachęca go, aby przeżywał swoje emocje bardzo intensywnie, tak aby na końcu mógł ocenić, czy było warto, czy nie. Jeśli Oskar uważa swoich rodziców za głupich i nie ufa im i jeśli oni nie wierzą w Boga, to dlaczego on miałby ich naśladować i też nie wierzyć? Sam uważa, że nie będzie zajmował się tym, co myślą głupcy, bo nie będzie miał czasu na to, o czym myślą ludzie inteligentni. Może więc byłoby rozsądniej zrobić coś wbrew nim: uwierzyć w Pana Boga i poprosić Go o odwiedziny? Bo takie duchowe wizyty Boga, Jego obecność w myślach człowieka, pomagają. Na razie jednak, to odwiedziny cioci Róży są dla Oskara najlepszym lekarstwem. I Oskar wymusza na niej codzienne wizyty, chociaż regulamin szpitala pozwala wolontariuszom na wizyty tylko dwa razy w tygodniu. Po  rozmowie z doktorem Dusseldorfem Róża otrzymuje zgodę na przychodzenie do Oskara codziennie przez najbliższych dwanaście dni. Jest dziewiętnasty grudnia, zbliżają się święta i koniec roku. Róża przywołując legendę o dwunastu proroczych dniach, proponuje Oskarowi, aby od tego dnia obserwował bacznie każdy z danych mu kolejnych dni i traktował ten dzień tak, jakby to było dziesięć lat jego życia. Pierwszego zatem dnia chłopak kończy dziesięć lat, wiek rozumu; w południe, kiedy kończył pięć lat i dowiedział się, że niedługo umrze, przeżył wstrząs, więc prosi Pana Boga na koniec tego dnia, aby nie był tak brutalny następnym razem, kiedy będzie mu miał coś do przekazania.

Drugiego dnia wchodzi w wiek młodzieńczy, w okres dojrzewania, dla którego charakterystyczne są różne konflikty, bunty, trudne przejścia z rodzicami, rówieśnikami, rozterki sercowe.  Kiedy rodzice, jak co niedziela przyjeżdżają do niego w odwiedziny, Oskar nie ma ochoty z nimi rozmawiać, a i oni nie potrafią z nim nawiązać kontaktu. Zamiast tego przywożą mu prezenty, aby wypełnić czas czytaniem reguł i instrukcji gier. Oni po prostu nie potrafią stanąć oko w oko z nadchodzącą śmiercią ich syna, kochają go, ale są przerażeni, zamknięci w swoim bólu, nie wiedzą, jak rozmawiać ze swoim dzieckiem, jak być dla niego wsparciem w tym trudnym okresie; jest im strasznie ciężko, męczą się, chcą porozmawiać, ale nie dają rady. Róża przekonuje Oskara, […] że urok człowieka, to nie tylko wygląd, ale i jego wnętrze, zalety serca. Ten okres dojrzewania, który bohater przeżywa w wieku swoich około piętnastu lat, określa w liście do Pana Boga jako ciężki i niewdzięczny, ale już w wieku dwudziestu lat (koniec drugiego dnia) wszystko się układa. Jako dwudziestoletni mężczyzna Oskar prosi Boga, aby umożliwił mu małżeństwo z Peggy Blue. Jego prośba spełnia się trzeciego dnia, kiedy chłopiec dobiega trzydziestki. Spędza noc na sali i w łóżku Peggy Blue, śpią i marzą przytuleni do siebie, opowiadając sobie swoje życie. Oskar wykazuje się dojrzałością i odpowiedzialnością względem innych, kiedy stwierdza, że nie sztuką jest mieć dzieci, ale trzeba jeszcze mieć czas, aby je wychować.  Róża zabiera Oskara do szpitalnej kaplicy w odwiedziny do Pana Boga. Chłopiec jest oszołomiony widokiem figury ukrzyżowanego Boga: jego nagiego, wychudzonego, poranionego, ociekającego krwią ciała, głowy ledwie trzymającej się szyi. On na miejscu Boga nie pozwoliłby ludziom na takie potraktowanie, uniknąłby cierpienia. Jednak to właśnie cierpiący Bóg jest człowiekowi bliższy, bo nikt nie jest wolny od bólu. Poza tym są dwa rodzaje cierpienia: fizyczne i duchowe. Cierpienie cielesne trzeba znieść, kiedy przyjdzie, bo nie ma wyjścia, ale cierpienie duchowe to kwestia wyboru, bo myśl o śmierci nie musi powodować bólu, przecież nie wiemy czym jest, dopóki jej nie doświadczymy… To zależy od naszego nastawienia. Nie warto, aby myśl o tym, że się umrze, zatruwała życie, to i tak jest nieuniknione, bo nikt nie żyje wiecznie. Człowiek jednak boi się tego, co nieznane, dlatego odczuwa lęk. Róża proponuje Oskarowi, aby był ufny, tak jak Pan Bóg, wtedy nie cierpi się duchowo. Oskar po namyśle stwierdza, że nie boi się nieznanego (śmierci), ale szkoda mu tracić to, co zna. Na koniec tego dnia (Oskar kończy trzydzieści 30 lat) prosi Boga o pomyślny przebieg operacji Peggy Blue następnego dnia; chwilę później koryguje życzenie i dodaje, aby bez względu na wynik operacji, dziewczynka potrafiła go dobrze przyjąć.  Czwartego dnia Oskar przeżywa kolejnych dziesięć lat, które są dla niego bardzo ciężkie, ponieważ z lękiem czeka na wynik operacji ukochanej. Stwierdza, że bycie trzydziestolatkiem wiąże się z licznymi troskami i obowiązkami. Zastanawia się, dlaczego Bóg dopuszcza cierpienia, pozwala na takie ciężkie choroby, zwłaszcza u dzieci. Róża odpowiada, że choroba to fakt, taki jak śmierć, że nie jest karą. Tego dnia Oskarowi dane jest też w pewnym sensie poznać smak ojcostwa, kiedy „adoptuje” Różę, a potem poczuć się zięciem, kiedy razem z rodzicami swojej „żony” siedzi przy łóżku Peggy Blue, czekając kiedy się obudzi po udanej operacji. Ten dzień mija Oskarowi pod znakiem rodziny, a co najważniejsze, Peggy Blue wraca pomału do zdrowia. Tego wieczora chłopiec nie prosi o nic Pana Boga, pozwala mu odpocząć. Następnego dnia mija kolejnych dziesięć lat jego życia, jest w wieku między czterdzieści a pięćdziesiąt lat i jak wielu mężczyzn w tym wieku popełnia mnóstwo głupstw, chociaż wcale nie szuka problemów. Ciocia Róża tłumaczy mu to zjawiskiem „demona południa”, kiedy to mężczyźni szukają potwierdzenia swojej atrakcyjności u innych kobiet oprócz tej, którą kochają. Ważne jest jednak, aby walczyć o związek, jeśli jest dobry. Dlatego na koniec tego dnia Oskar prosi Pana Boga o to, aby mógł pogodzić się z Peggy Blue, aby mu wybaczyła jego „błędy młodości”. I już nazajutrz Bóg wysłuchuje prośby chłopca: wyznają sobie miłość i godzą się. Oskar jest już po pięćdziesiątce, właśnie nadeszło Boże Narodzenie i bohater nie chce go spędzić w towarzystwie swoich rodziców, postanawia więc przy pomocy szpitalnych przyjaciół zorganizować ucieczkę do cioci Róży. Kobieta nie skrzyczała go za to, tak jak przewidywał, ale uświadomiła mu, co jego zniknięcie wywołało w szpitalu i że rodzice są zrozpaczeni. Oskar ciągle ma żal do nich: oni się go boją, boją się z nim rozmawiać, a w nim narasta coraz bardziej uczucie, że jest potworem; nie rozumie ich lęku. Róża wyjaśnia mu, że to jest strach rodziców przed chorobą, nie przed nim samym, że oni go kochają, że są smutni, że nie potrafią się tak dobrze z nim dogadywać jak Róża. Uświadamia mu, że kiedyś rodzice też umrą, tak jak on, ale oni umrą samotnie, z poczuciem winy, że nie potrafili pogodzić się ze swoim jedynym ukochanym dzieckiem, dlatego nie wolno mu teraz zapominać o nich. To przekonuje Oskara do pogodzenia się z rodzicami i wszyscy wspólnie spędzają w domu Róży świąteczny wieczór. Róża wypowiada jeszcze jedną ważną myśl: im więcej spotyka nas kłopotów, im więcej przykrości doświadczamy, tym więcej jesteśmy w stanie udźwignąć, stajemy się odporniejsi – nie wolno tracić nadziei. A pojednanie Oskara z rodzicami Róża nazywa wspaniałym prezentem urodzinowym dla Pana Boga. Na koniec tego dnia Oskar wypowiada życzenie do Pana Boga, aby jego rodzice byli zawsze tacy, jak tego właśnie dnia. To wydarzenie zmienia też myślenie Oskara o innych: dom cioci Róży zaskakuje go, zawsze myślał, że ktoś, kto jest miły, musi na pewno być biedny, a u cioci w domu jest tak ładnie i bogato. Po tym pełnym wrażeń czasie, kiedy Oskar kończy sześćdziesiąt lat, chłopiec czuje się bardzo słabo, płaci rachunek za ekscesy dnia poprzedniego. Wraca do szpitala i stwierdza, że człowiek na starość nie bardzo lubi podróżować i już nie ma ochoty nigdzie ruszać się z domu, jak określa szpital. Peggy Blue czuje się już dużo lepiej, wkrótce wyjdzie ze szpitala, Oskar zaś bardzo pragnie odwiedzin Pana Boga. Następny dzień, to dla chłopca wiek pomiędzy siedemdziesiątką a osiemdziesiątką, przynosi on refleksje nad wieloma sprawami. Pod choinkę od cioci Róży dostaje egzotyczną roślinę, która ze swojej natury przeżywa całe życie w ciągu jednego dnia. Tak więc Oskar od rana do wieczora może prześledzić jak się ona rodzi, wzrasta, dojrzewa, rozkwita, rozmnaża, starzeje, więdnie, kurczy się i umiera. Jest bardzo poruszony faktem, że może być świadkiem tego niezwykłego spektaklu całego życia żywej istoty od chwili narodzin do jej śmierci. Chłopiec rozważa też znaczenie słów „życie”, „śmierć”, „wiara”, „Bóg”, ale każde z tych pojęć ma wiele różnych definicji, kryją one w sobie tajemnicę, są przez to ciekawe. Oskar zwalnia również tego dnia swojego lekarza z poczucia winy, że nie był w stanie go uratować. To nie jest wina lekarza, że musi oznajmiać ludziom także te złe nowiny dotyczące ich zdrowia i życia. Nie jest przecież Bogiem decydującym o ludzkim życiu lub śmierci. On ma za zadanie tylko naprawiać, nie może tak brać do siebie porażek w próbach ratowania życia pacjentów, musi być bardziej pokorny, bo inaczej długo nie będzie w stanie pracować w zawodzie lekarza. Doktor Dusseldorf jest chłopcu bardzo wdzięczny za te słowa. W dniu, gdy Oskar ma osiemdziesiąt-dziewięćdziesiąt lat, Peggy wraca ze szpitala do domu. Oskar zostaje sam, łysy, stary i zmęczony, dopada go samotność i ogromny smutek. Obraża się na Boga. Jednak następnego dnia przychodzi otucha, bo odwiedza go sam Pan Bóg. Oskar odczuwa jego obecność, kiedy obserwuje za oknem budzący się ranek. I zauważa różnicę między Bogiem a sobą: Pan Bóg jest niezmordowany, pracuje bez przerwy, kierując kolejno porami roku, dnia, każdym człowiekiem. I uzmysławia sobie sekret Pana Boga, aby codziennie tak patrzeć na świat, jakby się go oglądało po raz pierwszy. Dziękuje Bogu za to, że bierze go jakby za rękę, aby wprowadzić go w sam środek swojej tajemnicy. Prosi o taki dar i taki stan świadomości dla rodziców i Peggy, bo ciocia Róża już to na pewno wie. W kolejnym dniu Oskar dobiega setki. Jest już człowiekiem z bardzo bogatym bagażem życiowego doświadczenia. Próbuje tłumaczyć swoim rodzicom czym jest życie i jak należy je traktować, aby na starość umieć je docenić. Prosi Boga, by odwiedził rodziców, aby byli dobrze przygotowani na jego odejście; on sam jest już zbyt zmęczony, aby ich przekonywać. Kolejny dzień i kolejnych dziesięć lat życia Oskara – chłopiec umiera w wieku stu dziesięciu lat. Umiera wyczerpany, ale spełniony, doświadczony. A co najważniejsze, pogodzony z najbliższymi i swoim losem. Odchodzi po cichu, kiedy rodzice wychodzą z panią Różą napić się kawy, zupełnie jakby chciał oszczędzić swoim najbliższym cierpienia. Nie jest to jednak całkiem możliwe, ból na pewno i tak im towarzyszy, chociaż w dużym stopniu chłopiec ich do tego momentu przygotował. Róża ma Oskara głęboko w sercu, tylko dla niego jednego była ciocią Różą, teraz nadal będzie wolontariuszką, będzie odwiedzała w szpitalu chore dzieci, ale tylko jako pani Róża. Dzięki niemu była zabawna, pomysłowa, miała na wszystko radę, pokrzepiające słowo, które dawało chłopcu motywującego go do działania „kopa”. Dzięki niemu śmiała się, cieszyła, on pomógł jej lepiej uwierzyć w Boga. Czuje się dzięki niemu przepełniona miłością, której pokłady starczą jej, jak sama ocenia, na wiele lat. Dużo nauczyła się od tego dziesięcioletniego, ale bardzo dojrzałego, mądrego i wrażliwego dziecka.

 

 

 

       

 

Normal 0 21 false false false PL X-NONE X-NONE MicrosoftInternetExplorer4 /* Style Definitions */ table.MsoNormalTable {mso-style-name:Standardowy; mso-tstyle-rowband-size:0; mso-tstyle-colband-size:0; mso-style-noshow:yes; mso-style-priority:99; mso-style-parent:””; mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt; mso-para-margin:0cm; mso-para-margin-bottom:.0001pt; mso-pagination:widow-orphan; font-size:10.0pt; font-family:”Times New Roman”,”serif”;}